ANALON ADASAZ, czyli o „TENET” (2020)

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że kroi się coś grubszego. Sam Nolan podkreślał, iż „TENET” to jego najambitniejszy projekt, przedsięwzięcie o niesłychanym stopniu złożoności. Wiele można Krzysiowi zarzucić, ale z pewnością nie wyrachowanie. To bardzo grzeczny i prawdomówny chłopiec, który ciężko pracuje, nie podjada cukierków i spełnia składane obietnice. Jest tak, jak nam powiedział. Jego najnowszy film to produkcja karkołomna, zatrważająco ogromna. Przewyższa skalą świat, który bezimienny Protagonista chce ocalić przed apokalipsą.   To taniec wśród korytarzy czasowych, fikołki wokół chwil przyszłych i minionych, balet na pętlach historii oraz poszukiwanie początku pewnego końca. TENET po polsku znaczy ZASADA, a zasada od tyłu to ADASAZ. I o tym właśnie jest ta historia. Że adasaz.

„Bo chodzi o to, że adasaz. I, rozumiesz, zasada to adasaz”.

„Nie próbuj tego zrozumieć. Poczuj to”. Taką radę dostaje na początku grany, wcale zgrabnie, przez Johna Davida Washingtona bohater. Szybko staje się dość jasne, że kwestia ta skierowana jest również do widza. Muszę uczciwie przyznać, że nie nie byłbym w stanie do końca wyjaśnić, co właściwie w „Tenecie” zaszło. Zresztą dość skwapliwie odpuściłem sobie próby złożenia fabuły do kupy. I nie poczuwam się wcale do odpowiedzialności za ten stan rzeczy. Nie wiem, czy to decyzja samego Nolana, czy jednak nacisk studia, ale 150 minut to stanowczo za krótki metraż jak na ilość informacji, którymi jesteśmy na każdym kroku bombardowani. Na każdym kroku! Idąc do przodu czy wstecz, nieustannie depczemy po grubych warstwach szybkiej ekspozycji. Sceny mkną, urywają się, nie mają czym oddychać, próbują zaczerpnąć powietrza, ale okrutna ręka montażysty wpycha je pod powierzchnię tempa. Aż korci mnie, by siegnąć po nieznoszące sprzeciwu słowo „bajzel”. Nie śmiem jednak tego robić, bo zakładam – i mogę jedynie zakładać – że pod względem wewnętrznej logiki zdarzeń, film dopięty jest na ostatni guzik. Szkoda jednak, że wyłonienie ładu z tego chaosu wymaga wielokrotnego studiowania całej historii, na co niestety nie mam najmniejszej ochoty.

Jak wspaniale wstrzelił się ten szot w erę koronawirusa.

Ów brak przestrzeni to niewątpliwy błąd w sztuce (a to akurat nie jest zarzut, który często można Nolanowi stawiać), ale jednocześnie współgra on z naturą dzieła. Mamy przecież do czynienia z pętlą czasową przepętloną bardziej, niż wszystkie pętle, jakie przyszło nam dotąd na ekranach kin podziwiać. To rzeczywistość, w której istnieją przedmioty i ludzie o entropii odwrotnej do naszej. Poruszają się w czasie w przeciwnym niż my kierunku, kroczą wstecz, zmartwychwstają, a ogień powoduje u nich hipotermię. Miejsca, w których się znaleźli, a raczej miejsca, w których dopiero przyjdzie im się znaleźć, pełne są groźnych paradoksów, gotowych ożyć swoim odwrotnym życiem i przeciągnąć kulkę przez zbyt przyziemny łeb Protagonisty. Klaustrofobia jest tu zatem jak najbardziej uzasadniona. To ciasnota nowego typu, budują ją symetryczne wydarzenia spotykające się u swego źródła. Każde z tych źródeł stanowi dla siebie własny punkt kulminacyjny. Co to oznacza dla widza? Oczywiście akcję!

(przez szybę) „Adasaz. Adasazadasazadasaz”

A akcja jest spektakularna. Ok, można się czepiać, można marudzić – w końcu rozgrywające się jednocześnie wydarzenia z dwóch przeciwnych zwrotów czasowych muszą przyprawić o zawrót głowy i męczącą konfuzję. Nie wątpię jednak, że jeżeli Christopher Nolan nie był w stanie nakręcić tego klarowniej, to przez najbliższe lata nikt nawet nie zbliży się do jego poziomu. Naprawdę ziomeczki, IMAX i do przodu. Gdy przestery zadudnią w uszach, gdy kula wróci do pistoletu wijącego się wspak żołnierza, gdy spośród pustynnego kurzu odrodzi się budynek, wtedy pozostaje tylko liczyć włosy. Mowa o włosach, które tworząc tego kolosa wyrwali sobie z głowy operatorzy, montażyści i spece od efektów specjalnych. Ucałujmy ich wspólnie w błyszczące łysiny.

Cmok. Kochajmy technicznych.

W porządku, dwa akapity pochwał wystarczą. Teraz odwrócę swoją entropię i przejdę do masakrowania. „Tenet” jest głupi. Tak serio. Otóż występujący w roli jedynego scenarzysty Nolan chciał najwyraźniej stworzyć dzieło życia, zasupłać taki supeł, w którym znajdą się najgłębiej nurtujące go kwestie egzystencjonalne. Niestety, obdarzony ograniczoną liczbą wielkich talentów Chris nigdy nie powinien był brać się za filozofowanie. Głupio mi rzucać personalne sądy w stronę podziwianego przez wielu artysty, głupio jest mi je rzucać w stronę kogokolwiek, ale nie robiłbym tego, gdyby film nie rozdymał się tak od własnych aspiracji: myśli Nolana są prostackie. Nie posiada on w sobie krztyny wrażliwości głębszej, niż podstawowe rozważania na temat człowieka, które pokryć można na gimnazjalnej popijawie. Potrafi pracować z obrazem, ale nie jest w stanie napisać czegokolwiek dźwięcznego – jego dialogi brzmią jak wyobrażenie o ludzkich rozmowach, jego bohaterowie to uproszczone wersje kinowych tropów. Oto sedno, którego szukam: Nolan sprawia wrażenie, jakby od zawsze żył i gromadził doświadczenie wyłącznie w Hollywood, jakby nie znał świata innego, niż tego wykreowanego na taśmie. Choć próbuje przeniknąć naturę życia nie w jednym, a w dwóch czasach, zeskrobuje z niej tylko trochę trywialnej etyki. Niczego nie bierze w nawias. Ewidentnym jest, że pisząc postać Protagonisty i Antagonisty, chciał zaprezentować potężną batalię między dobrem a złem, między mądrością a szaleństwem. Jeden pragnie ocalić świat, drugi marzy o jego unicestwieniu. Jeden kocha, drugi nienawidzi. Jeden jest agentem służb specjalnych, drugi rosyjskim handlarzem bronią, który maltretuje własną żonę. Tak, taką właśnie osobowość dostaje główny złoczyńca, prezentujący pogląd przeciwstawny do domyślnego dla hollywoodu bezrefleksyjnego humanizmu. Jest sadystą, bezdusznym nihilistą, pragnącym zostać bogiem egomaniakiem. Wybór ten z miejsca neguje wszelką dyskusję, a Protagonista nie musi się martwić o swoją posadę Jedynej Słusznej Prawdy. Pamiętacie Thanosa, takiego kosmitę z bajek dla dzieci, który zabija połowę wszechświata? Stworzonego, aby zarobić Disneyowi kupę hajsu? Jego motywacje są ciekawsze, mniej fałszywe i znacznie bardziej poruszające niż te granego przez Kennetha Branagha Andreja.

Kto widział, ten wie, że to najlepsza scena filmu 😉

Bo oto w finale Protagonista stacza z Rosjaninem pojedynek na złote myśli. Trudno go śledzić, kiedy w tle wszystko na przemian wybucha i odwybucha, ale rzecz sprowadza się do jednego. Aby być człowiekiem, trzeba w coś wierzyć. Wiara jest wszystkim. Andrei nie wierzy w nic, co czyni go szaleńcem. Nie chodzi tutaj oczywiście o religię, ale o wiarę ukierunkowaną w czysty humanizm. W tym momencie licznik taniego kaznodziejstwa wybił poza skalę, a po sali kinowej powiało zimną bryzą akcji ze statkami z „Mrocznego Rycerza”. Okazuje się, że Nolan naprawdę cierpi na rodzaj daltomanii światopoznawczej. Nawet projektując swoje opus magnum, jest w stanie dostrzec jedynie ograniczoną paletę dylematów, które rozporządzają ludzkim istnieniem. Pisząc uniwersalnego Protagonistę, tworzy niekwestionującego zasad Jamesa Bonda, żołnierza pustych idei. Następnie stawia przed nim komiksowego villaina, w dodatku cholera Rosjanina xD, wielkiego myśliciela Zła, który na każdym kroku śmieszy. Jest jeszcze symbol życia, Kobieta. Jej definiującą cechą jest bycie kobietą, czyli macierzyństwo i miłość do syna (serio, ona w tym filmie nie robi nic innego niż kochanie syna – czym innym może zajmować się ta święta płeć?). Oto zrealizowana, podkreślam, zupełnie na serio przypowieść o Bohaterze, wędrowcu czasu, cichym strażniku. Krzysztof, błagam cię, zapomnij już o tym Batmanie!

A z kina wychodziłem tak.

W „TENET” był jeszcze Robert Pattinson. PATTINSON to od tyłu NIE SCHODŹ Z EKRANU TY PIĘKNY CZŁOWIEKU, NIECH TWOJA CIEPŁA NONSZALANCJA PRZYKRYJE CAŁY FAŁSZ, KTÓREGO DOŚWIADCZAM! Tak, na Roberta miło popatrzeć, i niech to będzie pozytywny akcent na koniec lektury. Pozwoliłem dziś sobie na ostre słowa, a nie lubię być tak złośliwy ani obcesowy. Nie lubię też jednak „Teneta” i mam nadzieję, że Nolan spełnił się już jako filozof. Dziękuję za dobrnięcie do końca!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s