Moja psychoza

Dekadę temu splotły się nade mną ścieżki przeznaczenia. Nieświadomy niczego trzynastoletni ja brał właśnie prysznic, gdy, zupełnie równolegle, w telewizorze, to samo zamarzyło się Marion Crane. Pluskaliśmy się jednocześnie, ale tylko jedno z nas opuściło kabinę żywe. Rześki i zrelaksowany wszedłem do salonu, w którym nakryłem Normana Batesa na pozbywaniu się zwłok. Przysiadłem na parę minut, myśląc już o spanku. Było jednak coś takiego w rozgrywających się przede mną powolnych scenach sprzątania po morderstwie, że, mimo nieznajomości kontekstu, z miejsca poczułem się przykuty do ekranu. Moja mama, której zawdzięczam odpalenie „Psychozy”, uznała, że nie chce filmu kolejny raz oglądać i poszła spać. Wcześniej szybko i enigmatycznie nakreśliła mi fabułę: dziwny chłopak i jego matka mieszkają w tajemniczym domu. Nie wiadomo kto zabił. Dobranoc. Zostałem z filmem sam na sam, a proces definiowania jednej z najważniejszych płaszczyzn mojego życia rozpoczął się.

Ja, gdy sprawdzam, czy nie leci zbyt ciepła woda.

Bluszczami romantycznych wspomnień obrósł w mojej pamięci tamten pokój i tamten wieczór, kiedy to po raz pierwszy świadomie zidentyfikowałem Sztukę – dlatego trudno jest mi powstrzymać się przed patetyzowaniem uczuć, których wtedy doświadczyłem. Warto jednak zauważyć, że trzynastoletni ja z kinem za wiele wspólnego nie miał. Oglądałem mało, czytałem dużo (stosunek, który dziś jest zupełnie odwrotny, nad czym ubolewam). Co ważne, nie miałem jeszcze świadomości istnienia określonych struktur dramaturgicznych ani metod budowania napięcia, nie rozpoznawałem wydarzeń jako zespołu uporządkowanych perypetii. Gdy po raz pierwszy oglądałem na TVN-nie trylogię „Władcy pierścieni”, byłem święcie przekonany, że hobbici mogą przejebać sprawę, a Sauron wygrać całe Śródziemie. Moje zaangażowanie w wydarzenia było zatem nieporównywalnie wyższe niż dziś, nieprzewidywalność prawdziwie nieprzewidywalna, a całe doświadczenie bliższe obcowaniu z życiem niż ze sztuką. Dlatego zagadka dotycząca matki Normana Batesa i jego dziwnego zachowania była dla mnie namacalna, niebezpieczeństwo przyprawiało o zawrót głowy. Lubię myśleć, że podczas seansu „Psychozy” byłem trochę jak widz z lat sześćdziesiątych, pierwszy lat stykający się z zupełnie nowym rodzajem grozy. Bo ja się na thrillerze Hitchcocka cholernie bałem.

Po prostu dom z mamą w środku, tudzież najgłębsze zakamarki mroków ludzkiej duszy.

Oj, jak ja się wtedy bałem! Nie przespałem tamtej nocy, pociłem się ze strachu, nogi pod kołdrą podciągałem, żeby żadna dłoń mnie nie posmyrała w stopę. Z dreszczami na kręgosłupie rozmyślałem o gotyckim domu Batesów i czarnej sylwetce Matki w oknie – babo głupia, przecież od lat leżysz na cmentarzu, tak jak pan szeryf powiedział! O uśmiechu Normana i wypchanych ptakach nad jego głową. O wyciąganym z  bagna samochodzie. Najbardziej jednak przeraziła mnie wówczas scena, kiedy to detektyw Arbogast wchodzi po schodach, a drzwi do sypialni powoli się uchylają. Kamera ujmuje sytuację z góry, muzyka nagle robi nam jumpscare, a pani Bates wypada na wścibskiego faceta z nożem. Ptasia perspektywa sprawia, że nie widzimy jej twarzy ani nie identyfikujemy kształtu ciała. Zbliżyliśmy się do niej i do jej terytorium bardziej niż kiedykolwiek, ale pozostaje ona zagadkowym cieniem, który wcześniej patrzył na nas z okna. Przeraża tu najsilniej kontrast pomiędzy zupełnym bezruchem cienia (będącego, jak się później okazuje, ustawioną w oknie mumią), a energią i szybkością Matki wobec perspektywy morderstwa. Witalność, którą budzi zapach krwi.

Oto osoba, która nie skrzywdziłaby nawet muchy.

Była jeszcze inna scena, która może wystraszyła mnie mniej gwałtownie, lecz głębiej. Pod koniec filmu Lila, siostra Marion, przeszukuje domostwo Batesów. W sypialni natrafia na puste łóżko (jako widzowie wiemy, że Norman przeniósł matkę do piwnicy). Na łóżku znajduje się wgniecenie, cienkie jak kręgosłup. Uświadomiłem sobie, że Matka jest… dziwnie wąska. Jest w tym coś slendermanowego. Wąski człowiek, być może obły. Spooky shit.

Wąska mama.

Po tamtej nieprzespanej nocy odkryłem Filmweb, założyłem konto i zacząłem oglądać najlepsze filmy świata, tzn. Top 100 Filmwebu. Wiele godzin spędziłem na forum „Psychozy”, czytając opinie i interpretacje, i odkrywając zupełnie nowy dla mnie świat. Świat, w którym kino nie ogranicza się do tego nieszczęsnego „Władcy pierścieni”. Pięknie było wybrać sobie wreszcie oficjalną Pasję i trzymać się jej konsekwentnie. Przeszedłem obowiązkowe etapy dziecięcego krytyka: „Lot nad kukułczym gniazdem” był dla mnie najlepszym filmem w historii, dziwiłem się publicznie, że ktoś chwali Bergmana, skoro facet kręcił tak, by nie dało się nic zrozumieć, z politowaniem patrzyłem na oglądających blockbustery znajomych ze szkoły. Moim ulubionym dniem tygodnia był piątek, bo wtedy pojawiała się gazeta telewizyjna – wyszukiwałem opatrzone najwyższą ilością gwiazdek seanse i jeśli jakiś film puszczali o trzeciej w nocy, to oglądałem go o trzeciej w nocy. Odkryłem również, jak pięknie pachną sale kinowe. I choć dziś wiem już o sztuce filmowej znacznie więcej, a mój odbiór jest z pewnością bardziej sensowny, to czasem tęsknię za tamtymi czasami nieświadomości, kiedy to nieustanna analiza rzemiosła nie odwracała mojej uwagi od sfery czysto emocjonalnej. Kiedy groza motelu Batesów wylewała się z ekranu i głaskała mnie po karku.

Pamiętajmy: Marion Crane, z zawodu księgowa, wykonuje skomplikowane działanie pisemne w celu odjęcia siedmiuset od czterdziestu tysięcy.

Co ciekawe, pomimo ekstatycznego zachwytu, jaki wywołała we mnie „Psychoza”, przez te dziesięć lat nie wróciłem do niej ani razu. Myślę, że przede wszystkim bałem się, że drugie podejście będzie rozczarowaniem. Dojrzewanie i zmiany wewnętrzne wiążą się przecież z utratą tego, co niegdyś było cenne. Czary pryskają, iluzje ulegają zdemaskowaniu. Jak zatem wygląda moja relacja z arcydziełem Alfreda Hitchcocka po dekadzie figlowania z różnymi typami kina? Już się nie boję i nie zasłaniam oczu. Już znajduję parę przestarzałych scen, które gdzieś tam wywołują lekki uśmieszek. Ale to nic. Teraz przynajmniej jestem w stanie docenić, jak dogłębnie Hitchcock zdefiniował wtedy dreszczowiec. Mamy rok 2020, ale niezmiennie od sześćdziesięciu lat rzemieślnicy w celu wywołania napięcia posługują się metodami, które mistrz wymyślił albo wizjonersko udoskonalił. Kontrola tego, co widz widzi, a czego nie widzi, jak we wspomnianej scenie z zabójstwem Arbogasta. Montaż podążający za wzrokiem bohaterów, podkreślający rozlokowanie wszystkiego i wszystkich w przestrzeni. Nagłe zmiany tempa – tu sztandarowym przykładem jest pełne błysków, przeszywających pisków i rwanej przemocy morderstwo pod prysznicem, po którym przychodzi cierpliwe i metodyczne pozbywanie się ciała.

Piwnica i wąska jej tajemnica.

Prysznic jest w ogóle genialny i bardzo mocny, zresztą nie bez powodu scena ta jest taką ikoną, ale ja pozwolę sobie powtórzyć parę aksjomatów: brutalne zabicie głównej bohaterki i przerzucenie identyfikacji zdezorientowanego widza na Normana to jest, daaamn bruh, to nawet dzisiaj jest szokujące. Fakt, że po krwawym mordzie zmuszeni jesteśmy przyglądać się bezemocjonalnemu procesowi sprzątania, transportowania zwłok na ciche bagna, zatapianiu samochodu – daaamn, bruh. To jest znakomity przykład przemocy, jaką kino stosuje wobec widza. Od tego momentu nic już nie jest takie samo, nikt nie jest bezpieczny, a cień posępnego domostwa zawisa nad naszym życiem. A zawisnąć jest mu łatwo, ponieważ nie dość, że „Psychoza” oparta jest na historii sławnego amerykańskiego seryjnego zabójcy, Eda Geina, to jeszcze porusza przede wszystkim wątki freudowskiej seksualności i niebezpiecznej relacji syna z matką.

Czarujący młodzieniec – ma hobby, własny biznes i dobre relacje z matką. W dodatku ten uśmiech, ten przeklęty uśmiech!

I tutaj skupić wypada się na głównej atrakcji całego show, czyli postaci Normana Batesa. Będę twierdził, że tak, jak Hitchcock zdefiniował thriller, tak występ Anthony’ego Perkinsa wyprzedził swój czas i do dziś stanowi niesamowicie wiarygodny, przerażający i złożony portret osobowości zaburzonej, na którym współcześni mogą się jedynie wzorować. Nie widziałem innych ról Perkinsa, ale tutaj jego warsztat rozkłada na łopatki. Facet prezentuje odgrywanie wielu emocji naraz, które wymaga rozdzielenia kilku mechanizmów mimicznych i świadomego skierowania ich w różne strony. Aktor płynnie przechodzi od życzliwości ku wrogości, by za moment nieśmiało się zająknąć. Nad jego głową skrzydła rozkładają wypchane ptaki, towarzyszące mu demony. Nieustannie sprawia wrażenie, jakby jedynie próbował być człowiekiem, starał się pamiętać o wyuczonych zachowaniach. W istocie jednak ciało Normana przejmowała stopniowo Matka, demoniczna pani Bates. Dwie jaźnie, ona i jej syn, tkwią splecione w erotycznym uścisku gdzieś na dnie poharatanej psychiki. Odczucie pożądania wywołuje w mężczyźnie poczucie winy, a to budzi panią Bates, gotową obronić swojego chłopca przed każdą kobietą – tylko ona ma prawo do dręczenia go. Norman nie może nie fascynować. Analiza choroby psychicznej była, jak na swoje czasy, rzetelna i głęboka, a Perkins zaproponował wiarygodny, dopracowany i na rzecz naukowości zrywający częściowo z krzykliwymi stereotypami obraz psychozy.

Proszę państwa, oto twarz kina grozy. Kino grozy jest groźne, ale z miłości.

Dziesięć lat temu brałem prysznic równocześnie z Marion Crane, więc warto zauważyć, że nigdy wcześniej nie poznałem ani jej, ani jej spontanicznej próby wyrwania się z systemu poprzez kradzież pieniędzy. Kradzież dokonaną dla kochanka, z którym łączyła ją więź silnie erotyczna. Zbudowany w dużej mierze na psychoanalizie film jest zatem ucieczką w stronę tego co zwierzęce, podróżą ku wyzwoleniu, w którym czaić się może obrzydliwość (mentalność bardzo slasherowa). Esencją przemocy jest tutaj frustracja seksualna, a straszny dom w klasyczny sposób symbolizuje układ ludzkiej psychiki, z kościotrupami w piwnicy włącznie. Marion narobiła przypału. Opuściła bezpieczeństwo cywilizacji i trafiła na bezdroża, gdzie motele prowadzą chodzące id, a z okien wyglądają trupy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s